Rosikon press

Twój koszyk jest pusty

Nieistniejące budynki w obrazach Canaletta

Tylko zbieg okoliczności sprawił, że Canaletto trafił do naszego miasta. Z Drezna w poszukiwaniu pracy jechał przecież do Petersburga.

W 1767 r. wenecjanin Bernardo Bellotto zwany Canalettem, podróżując do stolicy carów, zatrzymał się w Warszawie. Tu życzliwie przyjął go inny Włoch malarz Marcello Bacciarelli i poznał z królem Stanisławem Augustem Poniatowskim. Canaletto miał jechać dalej, lecz nad Wisłą pozostał już do końca życia. O ileż mniej wiedzielibyśmy dziś o pejzażu Warszawy końca XVIII wieku, gdyby nie jego obrazy.

W księgarniach ukazał się album "Canaletto w Warszawie". Nie jest to kolejna książka z kilkoma widokami Warszawy, lecz kompetentnie napisana rozprawa o warszawskiej twórczości artysty. Jej autorem jest Alberto Rizzi - wenecjanin i najwybitniejszy znawca Canaletta.
 

 

Dla miłośników dziejów Warszawy książka jest taką ucztą, że dziś w cyklu "Warszawa nieodbudowana" postanowiłem przedstawić kilka nieistniejących już budowli warszawskich zachowanych w pamięci wyłącznie dzięki obrazom Canaletta.

Dlaczego przed ponad 200 laty malarz nie podążył dalej do Rosji? Na pytanie stara się odpowiedzieć Rizzi. Jego zdaniem to zasługa króla Poniatowskiego. Monarcha „za radą Bacciarellego i za pomocą przekonywających argumentów ekonomicznych, jak również dzięki - i przede wszystkim - swej niezrównanej sztuce konwersacji, nie tylko »instructive « (pouczającej), ale i ager'able (przyjemnej) nakłonił wenecjanina do zaniechania podróży. Na przekór swoim oszczerczym rodakom (...) Stanisław August, zapewniając sobie usługi najbardziej znanego i prestiżowego wedutysty europejskiego, dał dobitne świadectwo niewątpliwego wyczucia kulturalnego” - pisze Rizzi. Dodajmy jeszcze, że Bernardo Bellotto, który wsławił się już wcześniej swymi pracami w Dreźnie, nie był artystą pokornym. Nie znosił towarzystwa i miał fatalny charakter, zniechęcając do siebie wielu ludzi.

Brama ze studnią

Na obrazie Canaletta z lat 1767-68 miejski pejzaż Krakowskiego Przedmieścia tworzy postrzępiona pierzeja ulicy. Panował tu malowniczy chaos. Jedne kamienice wyrosły wysoko, tuż obok przycupnęły małe, parterowe chałupy. Fasady domów miały elewacje w ciepłych kolorach, a nad sklepami widzimy charakterystyczne metalowe markizy. Nas interesuje podwójna brama pałacu rozdzielona pośrodku wodozbiorem (oznaczona na planie cyfrą 9). Zamykała dwa dziedzińce pałacu Małachowskich. Bramę ożywiały pilastry, rzeźbione wazy i figury alegoryczne. Wodozbiór - jak pisze Tomasz Grygiel w książce o pałacu - "pełnił funkcję jednej z wielu w rejonie Krakowskiego Przedmieścia studzien ku wygodzie publicznej".

Brama znikła niespełna 20 lat później, gdy nowi właściciele pałacu, kupcy Jan i Franciszek Roeslerowie oraz Kacper Hurtig wznieśli w jej miejscu nowoczesną kamienicę zaprojektowaną przez Szymona Bogumiła Zuga. Dom Roeslera i Hurtiga stoi do dziś.

Krótki żywot Brygidek

Po kościele Brygidek św. Trójcy dawno nie ma śladu. Fasada kościoła wzniesionego już w latach 1652-58 i w wieku XVIII gruntownie przekształconego - tu jest nieco zaniedbana. Odpadają z niej kawałki tynku, a budynek od strony Arsenału zasłania drzewo.

Obraz powstał w 1778 r. i jak pisze Alberto Rizzi, nie był przypadkowy. Ukazuje kościół należący do zgromadzeń zakonnych sprowadzonych do Polski na zaproszenie królewskie. Zgadzało się to z planem treściowym całego cyklu obrazów namalowanych przez Canaletta do sali na Zamku Królewskim. 30 lat później w 1807 r. kościół zajmą żołnierze francuscy. Od tego czasu zakonnice wyparte zostaną przez wojskowych. W 1813 r. znajdzie się tu magazyn broni, a niebawem warsztaty artyleryjskie. Sam kościół przebudowany w duchu klasycyzmu zmieni się nie do poznania. Zniknie ostatecznie tuż przed 1900 r., kiedy to w jego miejscu podjęto budowę ogromnego Pasażu Simonsa. Dziś jest tu pusty plac z warsztatem samochodowym.

Miasto czy wieś

W niebywałe kontrasty obfitował w końcu XVIII wieku rejon obecnego placu Żelaznej Bramy. Trudno powiedzieć - miasto to czy może jeszcze wieś. Murowane domy rozdzielone furtką wznoszą się mniej więcej tam, gdzie sto lat później będzie się zbiegać ulica Graniczna z pl. Żelaznej Bramy. Dziś znacznie trudniej jest znaleźć dla tej zabudowy punkt odniesienia. Gdzieś tu właśnie stoi blok osiedla Żelaznej Bramy. Za budynkami znajdował się Ogród Saski. Elegancki i elitarny. Jednak domy dawnej jurydyki Wielopole widoczne na pierwszym planie to raczej rudery. Kobiety rozwieszają suszącą się bieliznę. Koza wyjada resztkę trawy, a jak zapewniał kronikarz tamtych czasów Antoni Magier, wieczorami rozległa się tu skrzek żab. To gdzieś tu jednak u zbiegu Granicznej powstała pierwsza warszawska kawiarnia. Niewiele o niej jednak wiemy, poza informacją, że założył ją jeszcze za panowania Augusta II któryś z jego dworzan. I że uczęszczali tam wyłącznie dworscy Sasi. W tle widać wieże kościoła św. Krzyża i budującego się zboru ewangelickiego św. Trójcy (dziś przy pl. Małachowskiego).

Pradzieje placu Bankowego

Na tak wykadrowanym obrazie mało kto odgadnie, jakie to miejsce. Tak w 1779 r. wyglądała ul. Rymarska. Metalowa woliera po prawej stronie stała w ogrodzie pałacu Mniszchów (dziś mieszczącego ambasadę Belgii). Kilkadziesiąt lat później po prawej stanie pałac Walickich należący później do księżnej Marii z Czartoryskich Wirtemberskiej, autorki pierwszej polskiej powieści sentymentalnej "Malwina". Sama Rymarska zmieni się nie do poznania w kilkadziesiąt lat później w epoce Królestwa Kongresowego. Zamieni się w trójkątny pl. Bankowy z monumentalnymi gmachami rządowymi projektu Corazziego. Staną one w miejscu budynków po lewej. Dziś pl. Bankowy jest prostokątny, a w głębi, gdzieś za wolierą, stoi "błękitny wieżowiec".

 

Nieistniejące budynki w obrazach Canaletta
Gazeta WyborczaGazeta Wyborcza

Inne recenzje | starsze